Pierwszy Półmaraton Lubelski – relacja część 1

0 No tags Permalink 0

Nie miałem zbyt wielkich oczekiwań przed tym biegiem. W ostatnim czasie nie czułem specjalnej mocy na treningach. Zachowałem pełną regularność, ale brakowało tego błysku. Na domiar złego dopadło mnie coś na wzór przesilenia jesiennego oraz problemy z zębem. Ostatnie dwa tygodnie były naprawdę przeciętne. Nie chciałem o tym pisać przed biegiem, bo to wyglądałoby jak szukanie usprawiedliwienia. Strasznie nie lubię takiej postawy, więc piszę o tym dopiero teraz. Jesienna część sezonu zbliża się ku końcowi. Ostatni ważny start wybiegany na 4 z plusem. Zapraszam do lektury pierwszej części relacji z Pierwszego Półmaratonu Lubelskiego. 

Przed rozpoczęciem czytania zachęcam do zaparzenia espresso lub herbaty. Do tego Twoje ulubione ciastko… Jesienny klimat temu sprzyja!
 

Owocny miesiąc

Zanim przejdę do relacji z niedzielnego biegu, muszę podsumować miniony miesiąc. W ostatnich pięciu tygodniach startowałem cztery razy. Ktoś może stwierdzić, że to nic nadzwyczajnego, ale dla mnie to niezła częstotliwość. Nie byłbym sobą, gdybym nie podkreślił, że nie interesuję mnie ilość, dla mnie liczy się jakość. Pod koniec lipca skrupulatnie zaplanowałem kalendarz startów. Piątka przed dychą oraz piątka przed połówką to dobry układ (klik). Tym sposobem poprawiłem trzy rekordy życiowe. Jestem zadowolony, czuję satysfakcję oraz mam potężną dawkę motywacji do wytężonej pracy. Nie napiszę, że będę trenował ze zdwojoną siłą. Zwyczajnie będę robił swoje.

Jaki jest wspólny mianownik powyższych biegów? Po każdym jadłem ten sam posiłek regeneracyjny (klik). 😉


 

Przed biegiem

Start o godzinie 10 był dla mnie korzystny, bo trenuję w godzinach porannych. Im wcześniej, tym lepiej. Nie wiem, czy mieliście podobnie, ale sam miałem uczucie, jakby start miał być o 11. Zapewne miało to związek z tym, że dychy startują w samo południe. Tak czy inaczej, przed 7 zjadłem śniadanie, wypiłem kawę i wziąłem się za przygotowania do startu. Założyłem czip na buta oraz przypiąłem numerek. Do końca nie byłem pewny, w jakiej koszulce biec (singlet vs t-shirt). Finalnie wybrałem krótki rękaw, który od kilku dni podpowiadała mi intuicja. Kilka minut przed 9 byłem na miejscu. Auto zaparkowałem przy Aqua Lublin, co potwierdzało ogromne zainteresowanie biegiem. Chwilę pokręciłem się przy biurze zawodów, porozmawiałem ze znajomymi biegaczami i trzeba było ruszać na rozgrzewkę (klik). Trucht po koronie nowo otwartego stadionu był swoistym powrotem do przeszłości. Przebiegłem setki okrążeń w tym miejscu (przed remontem). Bardzo się cieszę, że kółko nie utraciło swoich atutów (lekki zbieg i podbieg). Sztuczna trawa zamiast żwiru to absolutny rarytas. W ogóle nowy obiekt zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie! Dopełnieniem rozgrzewki były ćwiczenia dynamiczne i dwa spokojne rytmy. Byłem gotowy to akcji.


 

Pierwszy Półmaraton Lubelski – relacja część 1

Start był dosyć wąski, bo 8 torów na stadionie to niespełna 10 metrów szerokości. Mi to nie przeszkadzało, bo od początku biegłem w szerokiej czołówce. W poradniku (klik) wspomniałem, że najgorszy plan jest lepszy niż brak planu. W głowie miałem proste założenia:

  1. kierować się samopoczuciem i słuchać własnego ciała.
  2. ruszyć spokojnie, żeby na 14 km móc przyspieszyć.
  3. zwalniać na podbiegach, aby zrealizować punkty 1 i 2.

Tym sposobem ruszyłem po 3:30/km i czułem się komfortowo, trzymając to tempo. Od początku prowadziłem w grupie pościgowej. Większą część dystansu pokonałem wspólnie z Michałem Pirógiem oraz Michałem Orłem. Trójka biegaczy: Kamil Młynarz (autor dziennika treningowego: biegciagly.pl), Michał Biały i Bartek Ceberak sukcesywnie powiększała przewagę. Na płaskich odcinkach trzymałem równy rytm, a na podbiegach lekko zwalniałem, co potwierdza poniża tabela z międzyczasami.

1 km: 3:29 2 km 3:28 3 km 3:31 4 km 3:38 5 km 3:35 6 km 3:41 7 km 3:29 8 km 3:36 9 km 3:24 10 km 3:22 [35:13]  
 

 
Na każdym punkcie żywieniowym brałem łyka wody. Przyznaję bez bicia, że nie jestem ekspertem picia z kubeczka w trakcie biegu. Tego dnia była sprzyjająca wilgotność powietrza. Trudno było się odwodnić. Jak dla mnie najgorszym podbiegiem był ten na Smoluchowskiego. Niesamowicie mi się dłużył i w pewnym momencie myślałem, że przesadziłem z tempem. W okolicach ulicy Młodzieżowej dalej mnie trzymało. Wtedy Michał postanowił wyjść na czoło grupy. Później okazało się, że to szarpnięcie tempa, a nie kryzys. Przetrwaliśmy górkę na Zemborzyckiej bez większej straty, i zaczęliśmy przyjemny zbieg na ulicy Diamentowej. W nogach prawie połowa dystansu, a oznak kryzysu brak.

W tym miejscu zakończę pierwszą część relacji. Na tym etapie było stopowanie głowy i trzymanie tempa. Prawdziwa walka zaczęła się na drugiej części trasy. 🙂

Zdjęcia: Controversy Art, Robert Maj, Maraton Lubelski.

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *