12. PZU Półmaraton Warszawski – relacja

0 No tags Permalink 0

Pomimo tego, że biegam od 2004 roku, to był mój trzeci start na dystansie półmaratonu. Pierwszy raz pobiegłem swoje, bo poprzednie starty zaliczam do nieudanych. Z każdego biegu powinniśmy wyciągać doświadczenia – nie zawsze pozytywne, ale zawsze cenne. W moim debiucie w Rzeszowie zacząłem zbyt szybko, a to przełożyło się na odcięcie prądu w kluczowym momencie biegu. Doleciałem z czasem 1:17:32. W Chełmie nie zregenerowałem się po Maratonie Lubelskim, co przełożyło się na odpuszczenie biegu za półmetkiem (1:21:34). Półmaraton w Kraśniku traktowałem jako trening, więc go nie liczę. Można powiedzieć do trzech razy sztuka. Niedzielnym startem utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem typem zadaniowca. Lubię mieć precyzyjnie określony start docelowy i przygotowywać się do niego dłuższy czasu. Do 12. PZU Półmaratonu Warszawskiego przygotowywałem się od grudnia 2016 roku. Wynik 1:14:17 jest moim rekordem życiowym, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to nie jest szczyt moich możliwości. Moje cele i marzenia sięgają wyżej i jedyne, co mi pozostaje to ciężka praca, bo w bieganiu nie ma nic za darmo!

Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy dołożyli swoją „cegiełkę” w ramach akcji „biegam dobrze”. Udało mi się zebrać 1120 zł, co przerosło moje oczekiwania! Jesteście wspaniali. 🙂

W ubiegłym roku również celowałem w półmaraton w Warszawie. Treningi szły zgodnie z planem, ale w pewnym momencie musiałem przerwać treningi przez kontuzję ścięgna Achillesa. W treningu biegowym nie ma nic gorszego niż przymusowa przerwa. Forma spada, a powinna rosnąć. Morale pikują w dół. Każdy, kto tego doświadczył, zapewne się ze mną zgodzi. W tym roku nie chciałem ryzykować powtórki z rozrywki. Średnio co 10 dni odwiedzałem fizjoterapeutę, który dbał o to, żeby mój układ ruchu pracował, jak należy. Nie chorowałem. Dzięki temu zrealizowałem 100% założeń treningowych. Nie trenowałem ciężko, bo w najmocniejszym tygodniu przebiegłem 115 km, a średnio w okolicach 100 km. W moim treningu dominowała praca tlenowa. Na ciężkie jakościowe treningi przyjdzie czas… 😉 Mam nadzieję, że moje zdrowie będzie mi dopisywało. Dołożę wszelkich starań, aby tak właśnie było.

Do Warszawy pojechałem dzień wcześniej z dobrą ekipą z Lublina. Było bardzo miło. Ogromne podziękowania należą się dla Jacka, który zapewnił mi komfort podróży! Nie obawiałem się zmiany czasu, ale miałem ograniczone zaufanie do budzika w smartfonie. Myślę, że nie tylko ja. 😉 Obudziłem się przed budzikiem! O 6:50 zjadłem niezawodne śniadanie przed zawodami. Stacjonowaliśmy 2,5 km od Placu Teatralnego, więc nie musieliśmy się spieszyć. O 8:30 wyruszyliśmy na start. Na miejscu byliśmy o 8:45 i nasze pierwsze wrażenie było takie, że jest… przenikliwie zimno. Dla mnie to nie miało najmniejszego znaczenia, bo zdawałem sobie sprawę, że korzystniej jest biegać w chłodzie niż w upale. Nawet na tak ogromnym biegu spotkaliśmy grupę znajomych biegaczy z Lublina. O 9:30 ruszyłem na rozgrzewkę z Martą i Tomkiem. Chwilę potruchtaliśmy, a potem każdy robił ćwiczenia dynamiczne we własnym zakresie. Około 9:50 byłem gotowy do biegu. Nie musiałem korzystać z depozytu, Paweł – dzięki za pomoc! 🙂 Szybka toaleta i zmierzałem w stronę startu. Strefy były długie i wąskie – część biegaczy mogła czuć z tego powodu dyskomfort, ale inaczej się tego nie dało zrobić. W końcu startowało ponad 12 000 osób! Po drodze spotkałem Damiana i Kamila. Zdążyłem! O 9:55 zameldowałem się na kresce. Krótkie rozmowy ze znajomymi, w których można było wyczuć przedstartowe napięcie. Wyczekiwaliśmy na strzał startera. W głośnikach Sen o Warszawie 10, 3,2, 1 i ruszyliśmy!
 

 

Pierwsza część

Pierwszy kilometr biegłem na zaciągniętym hamulcu. Nie chciałem dać się ponieść presji tłumu, bo wiedziałem, że to długi bieg. W półmaratonie trzeba trzymać równe tempo od samego początku. Na pierwszym kilometrze doszedł mnie Piotrek z ekipy City Trail, z którym dogadałem się dzień wcześniej, że biegniemy podobnym tempem. Piotrek leci za niespełna dwa tygodnie NN Rotterdam Marathon – nie mógł lecieć na maksa, bo mógłby się nie zregenerować do startu docelowego. Od początku biegu lecieliśmy w grupie z Piotrkiem, Michałem, Tomkiem i Jackiem. Od pierwszego do piątego kilometra było płasko lub z górki, a wiatr był nieodczuwalny. Pierwszą piątkę pokonaliśmy w 17:21. Kolejny odcinek półmaratonu przebiegał przez Łazienki Królewskie. Zmiana podłoża oraz zakręty sprawiły, że na tym odcinku ciężko było utrzymać równe tempo. Odcinek w parku liczył około trzech kilometrów, ale sam nie wiem, kiedy to zleciało. Fragment trasy nad Kanałem Piaseczyńskim był kapitalny! Z obu stron widać było grupki pędzących biegaczy. W tym momencie zaczął się trudniejszy fragment biegu, ponieważ we znaki dawał się wiatr. Co prawda nie był on tak masakrujący, jak na półmaratonie Marzanny, ale z pewnością nie pomagał. Na ul. Ludnej odhaczyliśmy dziesiąty kilometr. Zegar wskazywał czas w okolicy mojego rekordu życiowego na 10 km, a wszystko za sprawą magicznej minuty, której zwyczajnie brakowało. Dycha odfajkowana w 34:47, a druga piątka w 17:26. Na tym odcinku trasy niewiele się działo, trzeba było go pokonać, jak najmniejszym nakładem sił.
 

 

Druga część

Lecieliśmy z załączonym tempomatem po 3:30/km. Być może znacie to uczucie, kiedy tempo w trakcie zawodów wydaje się w miarę komfortowe, a na treningach trzeba się nieźle wysilić. Pierwsze trudy biegu poczułem, kiedy wbiegaliśmy na Most Świętokrzyski. Poważnie mną zachwiało, a podbieg na most wydawał się naprawdę długi. Na szczęście „puściło” mnie na dwunastym kilometrze. Tutaj nasza grupa zaczęła się rozrywać. Biegłem z Jackiem, a Tomek i Piotrek gonili grupę z Olgą i Pawłem Ochal. Do piętnastego kilometra (52:35) leciało mi się naprawdę dobrze i względnie komfortowo. Kolejna piątka w 17:38. Tutaj dopadł mnie potężny kryzys. Nogi nie chciały kręcić, a w brzuchu czułem potencjalne zagrożenie – tlącą się kolkę. W tym momencie podjąłem dwie ważne decyzje. Lekko puściłem tempo i starałem się przeczekać. Zrezygnowałem z żela energetycznego, którego miałem wciągnąć na piętnastym kilometrze. Wiedziałem, że jak go wezmę, to skutki mogą być różne, ale raczej dominowały te negatywne. Energetycznie czułem się w normie. W tym momencie Jacek poczuł, że słabnę i mi się urwał. W okolicach siedemnastego kilometra zrównał się ze mną Michał z Jędrzejem. Wiedziałem, że nie mogę ich odpuścić, bo będzie po biegu. Bardzo pomogła mi obecność innych biegaczy w tak trudnym momencie – dzięki Michał! Intuicyjnie wiedziałem, że najgorsza część trasy przed nami. Ostatnie kilometry długiego biegu są kluczowe w kontekście wyniku na mecie. Nagle nastąpił przełom. Tuż przed znacznikiem z osiemnastym kilometrem kryzys i kolka minęły! Nie czekałem ani chwili i wróciłem do tempa w okolicy 3:30/km. To, że wbiegam na most, nie miało żadnego znaczenia. Bez kalkulacji trzymałem tempo. Po drodze minąłem zawodnika, który walczył z kryzysem. Długo nie zapomnę uczucia, jakie mi towarzyszyło, kiedy biegłem przez Most Gdański. Lekki wiatr, pełne słońce i pełna radość z biegu! 🙂 Na zakręcie ulicy Międzyparkowej i Bonifraterskiej ktoś krzyknął do mnie, co zawsze dodaje skrzydeł – dzięki! Przyznaję, że mnóstwo osób w Warszawie mi dopingowało, co mnie zaskoczyło, a jednocześnie bardzo mi pomagało. Serdecznie Wam dziękuję. Dlatego wiem, że warto prowadzić blog! Kryzysowa piątka weszła w 17:59. Dwadzieścia kilometrów w nogach (1:10:34).
 

 

Ten ostatni kilometr

Ostatnie 1097 metrów pokonałem w 3:43. Wyraźnie zniwelowałem dystans do uciekinierów. To nie był lekki finisz, ale warto było! Kiedy wbiegałem na ostatnią prostą, widziałem, że zegar wskazuje 1:14, ale nie skupiałem się na tym. Chciałem urwać każdą sekundę. Meta 1:14:22 brutto i 1:14:17 netto! To był dobry bieg, moje nogi dalej czują, że w niedzielę było biegane. Liczę, że w klasyfikacji blogerów zająłem 5-6 miejsce. Kolejny start to Czwarta Dycha do Maratonu! Wierzę, że za rok wrócę do Warszawy, żeby wyrównać rachunki z półmaratonem. Kto wie, może jesienią będę walczył i nowy rekord życiowy na tym dystansie. Aby zdrowie było.

Na koniec wspomnę o wyczynach moich podopiecznych, którzy wybiegali grad rekordów życiowych. Bez kompleksów rozprawili się z własnymi słabościami. Na wyróżnienie zasługuję poprawa z 1:25 na 1:21 oraz z 1:31 na 1:25 w kategorii M40. 😉

Biegniemy dalej! Gratuluję wszystkim uczestnikom półmaratonu w Warszawie i Poznaniu!

Zdjęcia: Paweł Waręciak, Internetowe Śródmieście, Jerema Photo, Grazia Running.

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.