Bison Ultra Trail – relacja, część 1

Pierwsza edycja Bison Ultra Trail przeszła do historii. Właściwie do samego końca nie było pewności, czy impreza się odbędzie. Organizator zapewniał, że zrobi wszystko, aby tak się stało, ale… W dzień startu powiat białostocki stawał się czerwoną strefą, co nie napawało optymizmem. Koniec końców Bison się odbył, więc serdecznie zapraszam do lektury obszernej relacji. Jest, o czym pisać.

Wybiórczy rekonesans

Nie wszyscy muszą to wiedzieć, więc tylko przypomnę. Na trzy tygodnie przed biegiem wybrałem się na rekonesans trasy. Przed startem wydawało mi się, że znam większą część trasy i tak faktycznie było z jednym dosyć istotnym wyjątkiem. Nie dotarłem do największych przewyższeń, bo obawiałem się zgubienia w lesie. Teraz wiem, że pominąłem dwa istotne odcinki. Część podbiegu w pierwszej części trasy oraz, co ważniejsze – duże podbiegi w drugiej części. Krzemienne góry (bo o nich mowa) okazały się prawdziwym testem psychiki i siły fizycznej. Ironią losu okazał się fakt, że track GPX został opublikowany dzień po moim powrocie z Białegostoku.

Przygotowania do startu

Nigdy wcześniej nie brałem udziału w imprezie, która przewidywała wyposażenie obowiązkowe. Musiałem zakupić niezbędny sprzęt: kamizelkę, soft flaski (2x 250 ml 1x 500 ml), folia NRC, bandaż elastyczny, opatrunek, kubek wielorazowy. Do tego wszystkiego należy dodać kurtkę, 3x żele energetyczne, telefon. Cały zestaw ważył nieco ponad 1,5 kg. Największy flask był do ewentualnego uzupełnienia, ale byłem przekonany, że mi się nie przyda. Tak też było.

W tym materiale nie będę przybliżał treningu. Ten temat poruszę przy okazji podsumowania września. Ten wpis pojawi się najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu.

Trasa Lublin – Supraśl

W czwartek dowiedziałem się, że powiat, w którym rozgrywane są zawody, będzie czerwoną strefą. Od kiedy? Od soboty, a jakże! Przypominam, że to wyczekiwany dzień zawodów. Nie do wiary… Liczyłem się z tym, że zawody mogą zostać przełożone lub odwołane. Organizator zapewniał, że tak nie będzie, więc ruszyliśmy w kierunku do Supraśla.

Na zawody jechaliśmy w trzyosobowym składzie. Szymon, Marek i ja. W dobrym towarzystwie trasa się nie dłuży. W czasie podróży sprawdzaliśmy komunikaty na fanpage Bison Ultra Trail. Zauważyliśmy ciekawą tendencję, a mianowicie – im bliżej miejsca docelowego, tym pogoda bardziej się psuła. Deszcz przybierał na sile. Przywykliśmy do tego, bo w Lublinie od soboty padało z różnym natężeniem. Po drodze zatrzymaliśmy się na kolację w Białymstoku. Zjedliśmy po pizzy i kierowaliśmy się w stronę Supraśla.

Po 20:00 odebraliśmy pakiety startowe. Zrobiliśmy szybkie zakupy, i skierowaliśmy się do miejsca noclegowego. Po 22:00 położyliśmy się spać, a pobudkę zaplanowaliśmy na 6:00.

Co z tym transportem?

Dla tych, co nie wiedzą. Bison Ultra Trail to rywalizacja na dystansach około 16, 35, 50 i 100 km. Wszystkie biegi miały start i metę w tym samym miejscu. Z wyjątkiem 35 km, w którym startowałem. Oznaczało to, że musieliśmy dojechać na miejsce startu autokarem. Organizator miał z tym pewien problem. Absolutnie nie mam o to pretensji, bo jestem świadomy, jak pandemia i obostrzenia utrudniły planowanie. Po pierwsze, organizator długo czekał z informacją na ten temat. Po drugie, sobotnie obostrzenia komplikowały kwestię jeszcze bardziej.

Pierwotny scenariusz przewidywał start o 9:30. Drugi scenariusz to dwie fale o 9:30 i 10:30. Finalnie nie było oficjalnego startu. Trzeba było wyruszyć na trasę w okienku czasowym między 9:30, a 11:15. Muszę przyznać, że organizator poradził sobie z tym wyzwaniem bez zarzutu.

W drodze na start

Udało się wstać bez budzika przed 6:00. Lekkie śniadanie, dobra kawa i zaczęliśmy pakować regulaminowy ekwipunek. Szymon startował na dystansie 16 km o godzinie 8:00, więc jako pierwszy ruszył zwiedzać Puszczę Knyszyńską. Wspólnie z Markiem wyszliśmy niewiele później, bo autokar miał ruszać o 8:30, a to oznacza, że musieliśmy tam być wcześniej. Poranek był całkiem ciepły, jak na październik. Przyznaję, że w trakcie wrześniowego rekonesansu było tam chłodniej! Wieczorem i w nocy padało z chwilowymi przerwami. Po 7:00 zaczęło padać (ze zmiennym natężeniem) i taka aura utrzymała się przez zdecydowaną większość biegu. Nie przejmuję się rzeczami, na które nie mam wpływu, bo to nic nie daje, ale to nie były wymarzone warunki.

Autokar jechał do Królowego Mostu, gdzie zaplanowany był start biegu na dystansie 35 km. W tym miejscu wspomnę, że trasy 35, 50 i setki się na siebie nakładały. Dwa pierwsze dystanse różniły się tym, że „pięćdziesiątka” startowała o 7:00 i dobiegała do Królowego Mostu, a my mieliśmy wygodną podwózkę. Setka nakładała się z dystansem o połowę krótszym plus 50 kaemów ekstra.

Wracajmy do naszej rywalizacji. Chwilę przed 9:00 zameldowaliśmy się w Królowym Moście. Lało, więc niechętnie opuściliśmy ciepły autokar. Do startu pozostało nieco ponad pół godziny. W tym miejscu przypomnę zasady biegu na dystansie 35 km. Nie było oficjalnego, wspólnego startu. Wszyscy uczestnicy biegu mieli wystartować od 9:30 do 11:15. Jak można się domyślić, mogło dojść do sytuacji, że ktoś ruszył na trasę przed 11:00 i wygrał bieg. W końcu o końcowej lokacie decydował czas netto.

Dzień przed biegiem odezwał się do mnie Damian Świerdzewski (Następny Krok), który zapisał się w ostatniej chwili. Rzucił pomysł wspólnego startu o 9:30. Od razu przystałem na tę propozycję. Mówił, że rozmawiał też z Andrzejem Leończukiem, który również będzie ruszał o tej porze. Dodam tylko, że Damian i Andrzej to mocni biegacze z rekordami życiowymi na dystansie półmaratonu w okolicy 1:07-1:08. Nie wiedziałem, co się święci… 😉

Część druga na dniach!


Spodobał Ci się ten wpis? Kliknij proszę w poniższy baner w ramach podziękowania. Z góry serdecznie dziękuję! 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.