Mit Maratoński

1 No tags Permalink 0

Na początku tego wpisu, chciał bym podkreślić, że nie mam zamiaru nikogo obrażać, naśmiewać się z kogoś. Ten temat chodzi mi po głowie od dobrych kilku miesięcy, więc w końcu muszę o tym napisać. Jeżeli ten tekst dotrze, choćby do jednej osoby – będzie to mój osobisty sukces. Zatem o co chodzi z tym mitem maratońskim?


Był sobie Paweł, który lat temu dwadzieścia miał ostatnie zajęcia z wychowania fizycznego, na studiach. Od tamtej pory, jego aktywność fizyczna ograniczała się do spacerów – na parking do samochodu oraz tych po centrach handlowych. Ten sam Paweł tuż po czterdziestce stwierdził, że coś musi w swoim życiu zmienić. Bo w niedalekiej przyszłości będzie miał problem w samodzielnym przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. Wybór padł na bieganie. Wiadomo, idziesz biegać kiedy masz czas, nie musisz wykupować żadnych karnetów, a i sprzęt niedrogi. W związku z tym, iż każdy Paweł to uparty gość, udało mu się w trzy miesiące zrzucić ponad dziesięć kilogramów balastu. Jednak jak to w życiu, zaczęły mu się nudzić te przebieżki – trzy razy w tygodniu po dziesięć kilometrów. Był czerwiec, a nasz główny bohater wpadł na genialny pomysł! Postawił sobie cel – ukończyć wrześniowy maraton w Warszawie. Czas jest nieistotny, liczy się meta. I tak się zaczęło…

Przypomina Wam to coś? Proporcje mogą być różne, aktywność sportowa również, jednak cel bardzo podobny. Dlaczego o tym piszę? Bo czasami mam wrażenie, że początkujący biegacze mają największy talent do auto destrukcji. Zacznę od przygotowań do wielkiego debiutu. Zazwyczaj taki świeżo upieczony biegacz, sięga po:
a) plan z Internetu,
b) plan z książki.
Chrzanić to, że te plany są tak ogólne, że ukończenie ich tak naprawdę guzik gwarantuje. Niosą za sobą ogromne ryzyko, już na etapie planowana. Biegacz z niewielkim stażem, nie zna swojego organizmu, nie ma pojęcia o treningu, więc co robi? Sztywno realizuje trening rozpisany w „planie x”. Nie bierze pod uwagę tego, że jest chory, zmęczony. Plan to plan – trzeba go realizować w stu procentach. I tu jest pierwsza pułapka. Ryzyko kontuzji, przeciążenia z każdym dniem, tygodniem rośnie. Druga strona medalu jest taka, że na tym etapie naszej przygody z bieganiem wybieramy złe proporcje. Na pierwszym miejscu jest kilometraż, a na drugim sprawność ogólna. Niestety mało kto zdaje sobie sprawę z konsekwencji. Wady postawy, zła technika biegu, niska gibkość, niewielka siła ogólna. Ciężko potem wyjść z tego dołka. I trzeba włożyć niewspółmiernie więcej pracy, niż przy normalnej pracy u podstaw. Przejdę teraz do samego maratonu, czyli 42 kilometrów i 195 metrów. Kawałeczek… Teraz rozbiję maraton na międzyczasy żeby Wam coś zilustrować:

Maraton Półmaraton Dycha Kilometr
5:02:24 2:31:12 1:11:40 7:10
3:59:06 1:59:33 56:40 5:40
3:30:59 1:45:29 50:00 5:00


Który z wyżej wymienionych czasów osiągnie biegacz, który biegnie pierwszy raz i chce ukończyć maraton? Z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie to rezultat, zbliżony do pięciu godzin. Co to oznacza? Dłuższy pobyt na trasie to większe ryzyko kryzysu energetycznego. Przez ten czas trzeba naprawdę sporej ilości paliwa. Kwestia numer dwa to obciążenie. Jest ogromne bo ile krótkich kroczków musi zrobić biegacz, lecąc do mety po około siedem minut na kilometr? Jakie to niesie konsekwencje? Maratońska ściana, wciąż żywa na licznych relacjach z maratonów. Skurcze, mikro urazy, a ostatecznie kontuzje. Czy to się opłaca?

Dużo zdrowiej, a zarazem skuteczniej jest traktowanie biegania, jako długiej przygody – być może na całe życie. Głosy typu „jestem już stary, muszę jak najszybciej spróbować maratonu bo za kilka lat nie będę w stanie” można schować między bajki. Początkujący biegacz powinien skoncentrować się na sprawności i na treningu ogólnym. Czy to oznacza, że start w zawodach trzeba odkładać w nieskończoność? Wcale nie. Można się sprawdzać na dystansach typu pięć czy dziesięć kilometrów. A co z planami treningowymi? Nawet te wzięte z Internetu niosą ze sobą dużo niższe ryzyko przeciążenia, niż te maratońskie. No i co najważniejsze, biegacz ma czas poznać swój organizm, co będzie procentowało w przyszłości. Po co od razu skakać na głęboką wodę?

Zatem jaką drogę proponuje? Zrównoważonego rozwoju. W bieganiu nie ma drogi na skróty. Dużo łatwiej biega się maraton posiadając pewien zapas prędkości. Wezmę przykład czołowych maratończyków w Polsce, wszyscy bez wyjątku w przeszłości biegali na bieżni oraz po ulicy dystanse od ośmiuset metrów do półmaraton. To nie przypadek, że biegają maraton tak szybko. Nie bez przyczyny w tabeli umieściłem wynik 3:30:59. Czy to jest szybko? Dla początkującego biegacza – jak diabli. Dla biegacza, który mądrze biega, rok, dwa – już nie. Dlatego polecam obrać taką drogę:

  • obiegać się na krótszych dystansach, do 10 kilometrów,
  • po dwóch latach biegania krótszych dystansów, czas na pierwszy półmaraton,
  • pół roku lub rok w zależności od tego jak udała się połówka, można spróbować maratonu.
Zapewniam, że obierając taką drogę czas w debiucie będzie co najmniej zaskakujący. A samopoczucie? Doskonałe. W dzisiejszych czasach maratończykiem, może być prawie każdy. Biegaczem czerpiącym maksimum radości, zdrowia i przyjemności z biegania już nie. Dalej chodzi Ci po głowie ten maraton? 
1 Comment
  • rysiek
    11 lipca, 2017

    Coś jest na rzeczy. Niestety, wielu biegaczy, zwłaszcza początkujących wpada w „kult dystansu”. „Zrobiłeś 5km w 17 minut? No fajnie, a Maciek ostatnio przebiegł maraton, 5h biegu, to dopiero dzik!”

    Brutalna prawda jest taka, że jak w zdrowy człowiek się zaweźmie to ukończy ten swój maraton. Może i po miesiącu biegania albo i bez tego (mając jako taką kondycję z innego sportu). Będzie dreptał albo chwiał się na nogach i drugą połowę dystansu pokona 2x wolniej niż pierwszą, ale dzięki determinacji ukończy (zwłaszcza w tych absurdalnych limitach czasowych jakie mamy na większości imprez biegowych). Zdobędzie uznanie ludzi nieuprawiających sportu, bo na trenujących od dawna nie robi to żadnego wrażenia (no może robi: negatywne). 😉

    Dla mnie prawdziwa sztuka to nie ukończyć bieg, ale dobrze się do niego przygotować. I bardziej doceniam tych, którzy konsekwentnie realizują swój plan treningowy – pomimo ograniczonego czasu wolnego, innych obowiązków, zmęczenia czy pogody. Wychodzisz na trening i robisz swoje za każdym razem, nie odpuszczasz. To jest prawdziwe zwycięstwo i po solidnych przygotowaniach zawody są „wisienką na torcie”.

    Kolejna sprawa to zdrowie. Czasem wspomina się o badaniach, które pokazują, że uczestnicy maratonów mają po biegu wskaźniki zbliżone do tych przy stanie przedzawałowym. Ale już bardziej szczegółowe badania pokazują, że „problem” ten dotyczy prawie wyłącznie biegaczy, którzy w okresie przygotowawczym do maratonu pokonywali poniżej 50km tygodniowo.

    Jak ktoś się uprze to biegając (celowo nie używam określenia „trenując”) 2-3x w tygodniu po 10km zrobi ten maraton. Pytanie tylko po co? Co i komu próbując udowodnić?

    Dobry tekst, myślę, że warto zwracać na to uwagę i zachęcać do konsekwentnej pracy i wyznaczania sobie rozsądnych celów. 🙂

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.