Citius, Altius, Fortius – w życiu biegacza amatora

0 No tags Permalink 1

Poniższy tekst powstał spontanicznie. Docelowo miał być statusem na FB. Siedziałem na ławce, czekałem na biegaczy, którzy wykonywali pierwszą część treningu, czyli bieg spokojny. Pisałem przez pół godziny, a drugie tyle korygowałem tekst, bo mam tendencję do powtórzeń (coraz mniej, ale jednak). Czuję, że ten materiał ma moc. Cieszy się ponadprzeciętną popularnością. Nie dam mu umrzeć, bo status w mediach społecznościowych przemija i nie wraca. Wierzę, że w tym miejscu dotrze do setek biegaczy oraz w jakich sposób ich dotknie.

Citius, Altius, Fortius – szybciej, wyżej, dalej. Najlepiej, jak najszybciej się da, ale od początku. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że gubimy właściwe priorytety. Koncentrujemy się na niewłaściwych rzeczach. Od razu wyjaśnię, że sam biegam po części dla wyników. Skłamałbym, gdybym napisał, że czas na mecie imprezy docelowej, jest mi obojętny. Ewentualnie nie byłbym sobą. 


Punktem wyjścia jest praca, która staje się niemalże mitycznym środkiem do osiągnięcia wszelakich celów. Najlepiej w jak najkrótszym czasie, bo cierpliwością też nie grzeszymy. Celowo napisałem wszelakich, bo skala ambicji jest szeroka i zróżnicowana. Szeroko pojęty przekaz wtłacza nam do głowy, że limity są po to, żeby je przełamywać. Zgodzę się z tym, ale tylko w części, bo zapomina się o tym, że do osiągnięcia pewnego poziomu (sprawności) potrzeba czasu. 


Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana. To nie są jakieś tam puste twierdzenia. Takie jest życie. Doświadczam tego, kiedy odwracam się mentalnie za siebie. W tym miejscu zastosuje pewne porównanie do boksu. Ostatnimi czasy zrobiło się głośno o tej dyscyplinie sportu. Kiedyś byłem typem zawodnika, który trenował agresywnie. Byłem młodszy, ale obciążenie treningowe często skutkowało mniejszymi lub większymi kontuzjami. Atakowałem, ale i tak obrywałem, a w konsekwencji leżałem na deskach. Mój organizm mnie nokautował, a przez to notowałem przymusową przerwę. Finalnie zamiast się rozwijać, czerpać przyjemność z biegania – frustrowałem się. W pewnym momencie myślałem, że to koniec mojej biegowej przygody, bo zwyczajnie nie będę miał do tego zdrowia. Moje obawy nie były takie oderwane od rzeczywistości, bo nieraz widziałem jak obiecująca lekkoatletyczna kariera została zatrzymana przez kontuzje. 


Od kilku lat trenuje bardziej defensywnie, co nie oznacza, że się obijam. Trzymając się bokserskiej analogii – atakuje, ale jednocześnie kontroluje sytuacje i robię uniki tak, żeby mocno nie oberwać. Mój wyimaginowany przeciwnik to moje własne zdrowie. Moja optyka się zmieniła. 
Wielu biegaczy wciąż wierzy, że są wyjątkowi. Myślą, że odnaleźli magiczną drogę na skróty do osiągnięcia celów. Nielicznym się udaje, a Ci liczniejsi odbierają bolesną lekcje od życia. Ból i poczucie straty – to ryzyko da się w pewnym sensie ograniczyć. Pytanie, jak?


Trzeba się uzbroić w cierpliwość. To przede wszystkim. Warto uczyć się na cudzych błędach. To wymaga umiejętności słuchania. Jednocześnie trzeba uważać, bo w sieci jest pełno treści, które są bez wartości. Trzeba to napisać wprost. Nie ma jednego przepisu na spełnienie biegowe, ale warto uświadomić sobie, że poziom satysfakcji zależy wyłącznie od nas. Jak zdefiniować człowieka bogatego? Ciężkie zadanie. Zawsze znajdziem się ktoś bogatszy. Podobnie z biegaczami. Zawsze znajdzie się ktoś szybszy. Porównywanie się z innymi nie powinno być fundamentem naszej wartości. Trzeba skupić się na sobie i czerpać to, co dobre z każdego dnia.

Bo czym jest zwycięstwo? Ma wiele twarzy, ale nigdy nie jest przypisane do jednego wyniku, po osiągnięciu którego wieszasz buty na kołku.

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.